Istnieje teoria, że każda myśl którą wyprodukujemy frunie bez przeszkód w kosmos, zatacza krąg i wraca obuchem. Każde marzenie, pragnienie i każda obawa też. Trochę jakbyśmy byli swoim własnym bogiem, własnym programistą. Tak jakbyśmy decydowali o tym co nas spotka i jak potoczy się nasza historia. Bardzo lubię tę teorię. Twórcy Doki-Doki Universe chyba też ją lubią i uważają za słuszną.
Gra jest platformówką, a my jesteśmy robotem. Robotem, który musi udowodnić swoje człowieczeństwo, jeśli mu się nie uda cała jego seria zostanie zniszczona. Narzędziem poznania będzie odkrywanie planet i żyjących tam stworzeń. Ostatnie dwa zdania są tak słabe, że jakbym to przeczytała to nie zagrałabym w tę grę. Ratujmy Doki-Doki! Grafika jest przyjemna i spójna, fabuła prosta, czasem nawet zabawna. Nie jest najmocniejszą stroną produkcji, a co nią jest?
Konwencja, robot poszukując swojego człowieczeństwa (a my wraz z nim). Zabawa normami to jest to co w Doki-Doki mnie zachwyciło! Chciałabym podać tu przykład takiego nagięcia zasad z gry, ale nie chce Wam psuć zabawy. Sami sobie je odkryjcie. Chyba pierwszy raz w życiu grałam w grę z poczuciem, że może mogłabym ją stworzyć sama, lub że zrobił ją dla mnie mój przyjaciel. Miłe uczucie.
To gra jak cebula, ma warstwy. Pierwsza to prosty gameplay, ja-robot podróżuje na kolejne planety i wchodzę w interakcje ich mieszkańcami. Druga to ja-gracz, gracz przedmiot-podmiot badań i jednego wielkiego testu psychologicznego. Na jego rezultat składają się nasze gameplay'owe wybory i krótkie testy rozwiązywane pomiędzy odwiedzinami na kolejnych planetach. Bawiły mnie te testy i ubawił wynik. Myślę, że był trafny. Spróbujcie sami, jestem ciekawa, czy ktoś będzie też miał podobne wrażenie.





